Na skraju cichego i pachnącego ogrodu mieszkał ślimak o imieniu Franciszek. Nie był zwykłym ślimakiem, chociaż na pierwszy rzut oka wyglądał jak każdy inny ślimak – miał miękkie ciało, muszlę na grzbiecie i poruszał się tak wolno, że nawet żółw mógłby pomyśleć, że jest leniwy. Ale wewnątrz Franciszka było serce pełne marzeń. Każdego wieczoru, gdy w ogrodzie zapadała cisza, a gwiazdy rozświetlały niebo, Franciszek spoglądał w górę i szeptał do siebie: „Pewnego dnia polecę tam. Pewnego dnia dotknę gwiazdy”. Zwierzęta w ogrodzie śmiały się z niego. „Ty i wszechświat? Nawet na wzgórze nie wejdziesz, a co dopiero na księżyc” – brzęczała pszczoła Bertha. Ale Franciszek się nie poddawał. Każdego dnia marzył, rysując rakiety w ziemi i wyobrażając sobie, jak jego skorupa zamienia się w kabinę kosmiczną. I choć był powolny, jego determinacja rosła każdej nocy z każdą nową gwiazdą.
Pewnego ranka Francis obudził się i postanowił przestać marzyć. „Dzisiaj zacznę budować rakietę!” wykrzyknął głośno, aż zadrżała trawa. Pierwszego dnia poszedł szukać materiałów. Znalazł stary korek w trawie, pajęczynę na skraju klombu, która mogła być pasem bezpieczeństwa, a nawet kawałek plastikowej słomki, który przypominał mu kadłub rakiety. Szybko jednak odkrył, że nie jest w stanie zrobić tego wszystkiego sam. Jego ślimacza siła nie wystarczała do przenoszenia większych przedmiotów, więc poprosił innych o pomoc. „Berta, pomożesz mi?” błagał pszczołę. „Dobrze, ale tylko jeśli choć raz zabierzesz mnie ze sobą” – brzęczała, przynosząc kroplę żywicy jako klej. Mrówka Mirek przyniosła taczkę ze zepsutej zabawki, a nawet stary jeż Radek pomógł mu wykopać platformę startową. Dzień po dniu, powoli, ale pewnie, ślimak budował swoje marzenie. I choć śmiano się z niego, że to niemożliwe, nie poddawał się. „Powoli, ale pewnie”, powtarzał sobie po cichu, gdy zachodziło słońce, a on wpatrywał się w ciemność w swojej rakiecie.
Po tygodniach ciężkiej pracy i determinacji rakieta była gotowa. Nie była duża, nie błyszczała, ale była dokładnie tym, czego Francis potrzebował. Miała dwa małe skrzydła zrobione z liści babki lancetowatej, kokpit ze skorupy starego ślimaka i przycisk startowy z jagody. Tego dnia wszyscy mieszkańcy ogrodu zebrali się na łące, by zobaczyć to niesamowite zjawisko. „To nie może się udać”, stwierdziła kaczka. „To będzie fiasko” – syczała mysz. Ale Francis stał dumnie przed swoją rakietą. „Jestem gotowy – powiedział, wślizgując się do kabiny. Bertha zatrzepotała skrzydłami. „Odliczanie! Trzy… dwa… jeden… start!”. I nagle – bum! Rakieta wystartowała, najpierw powoli, ale potem wystrzeliła w górę, aż wszystkim opadły podbródki. „Leci! Francis leci!” wołały zwierzęta, patrząc, jak rakieta maleje, aż zniknęła w błękitnej oddali. A ślimak? Uśmiechnął się tylko, gdy poczuł moc rakiety ciągnącej go coraz wyżej. „Jestem pierwszym ślimakiem w kosmosie” – wyszeptał do mikrofonu z szyszki.
W rakiecie panowała cisza, słychać było tylko delikatny szum silnika z rury i skrobanie powłoki o ściany kabiny. Francis wyjrzał przez małe okienko i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Pod nim ziemia zamieniała się w niebiesko-zieloną kulę, a nad nim otwierało się niekończące się morze gwiazd. „To jest piękne – westchnął. Leciał wokół księżyca, wokół planety, którą znał tylko z bajek, a każda gwiazda wydawała się błyszczącym przyjacielem. Ale gdy minuty zamieniły się w godziny, a godziny w dni, zaczęła wkradać się samotność. „Jest… jakoś za cicho”, wyszeptał pewnej nocy. Nie miał z kim porozmawiać i choć miał przy sobie suszone liście i krople rosy w tubce, zaczął czuć się samotny. „Może nie powinienem był zostawać w domu…”. Ale wtedy przypomniał sobie wszystkie zwierzęta, które mu zaufały, każdą pomoc, każdy uśmiech. I tak czasami odtwarzał nagranie z fonografu kwiatowego, na którym Berta śpiewała mu piosenkę: „Franciszku, leć i nie bój się, w gwiazdach jest więcej przyjaciół niż na pierwszy rzut oka”.
Ale rakieta nie zatrzymała się tam, gdzie powinna. Coś poszło nie tak – kompas zwariował i zamiast wrócić na Ziemię, rakieta poleciała dalej, dalej, na planetę, która nie była ani niebieska, ani czerwona, ale fioletowa jak śliwki. Francis zobaczył, że zbliża się do powierzchni, więc nacisnął przycisk awaryjnego lądowania. Rakieta wylądowała miękko, prawie jak mech. Kiedy Francis otworzył drzwi, rozejrzał się – były tam dziwne stworzenia, okrągłe jak krople rosy i kolorowe jak tęcze. „Kim jesteś?” zapytało jedno stworzenie, kołysząc się z boku na bok. „Jestem Francis… ślimak z Ziemi”. Wszyscy wyglądali na zdumionych. „Ziemi? Jesteś pierwszym, który do nas przybył!”. I tak Francis, choć mały i powolny, stał się ambasadorem ślimaków w odległej galaktyce. Pokazał im swoją muszlę, opowiedział o swoim ogrodzie, a nawet nauczył piosenki o deszczu. Stworzenia pokochały go i zaoferowały mu szansę pozostania z nimi na zawsze. Ale Francis pamiętał dom, zapach mchu, gruszę, pod którą śnił. „Muszę wrócić. Tam jest moje miejsce”.
Po pożegnaniach, kilku uściskach i małym prezencie – gwiezdnym kamieniu – Francis wrócił do rakiety. Tym razem nawigacja się powiodła i rakieta wróciła dokładnie tam, skąd wystartowała – na środek łąki, gdzie kwiaty właśnie zamykały swoje płatki. Zwierzęta początkowo nie rozumiały, co się dzieje, ale potem zobaczyły znajomą muszlę i małą antenę. „Francis!” wykrzyknęła Bertha, lecąc w jego stronę. Wszystkie przybiegły, przytulając go, skacząc dookoła, chcąc usłyszeć wszystko o gwiazdach, planetach i tęczowych stworzeniach. Francis mówił długo w noc, aż opadły mu powieki. Od tego momentu nikt się z niego nie śmiał. Wręcz przeciwnie, wszyscy go podziwiali, zbudowali mały pomnik z gałązek i gromadzili się wokół niego każdego wieczoru, aby usłyszeć kolejną historię. A Francis? Nigdy nie wątpił, że nawet powolny ślimak może polecieć do gwiazd – jeśli ma odwagę, przyjaciół i marzenia.