Każdego wieczoru, gdy niebo zaczyna robić się fioletowe, a słońce przygotowuje się do snu, mały piaskowy skrzat o imieniu Tichanek pojawia się cicho i niezauważony. Jego broda jest miękka jak chmurka, czapka zrobiona jest z księżycowego światła, a w ręku niesie mały woreczek ze złotym piaskiem. Ten piasek nie jest zwyczajny – jest magiczny. Kiedy krasnoludek delikatnie posypie nim powieki dziecka, w jego oczach zapanuje spokój, sny rozłożą się jak ciepły koc, a małe serduszko dziecka odnajdzie ukojenie. Ciszy nigdzie nie widać, ale każdy może ją poczuć. Jego obecność jest jak lekki podmuch wiatru pieszczący policzek. Dzieci myślą, że zasypiają same, ale prawda jest taka, że elf jest z nimi w tym momencie, szepcząc cicho: „Pokój z tobą, małe dziecko, śpij słodko, jak w bajce”. I tak było każdej nocy. Aż wydarzyło się coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca…
Tej nocy wiatr wiał nieco silniej niż zwykle. Niebo było pokryte fioletowymi chmurami, które goniły się jak kocięta po niebie, a elf Tichanek spieszył się, aby zapewnić spokój wszystkim dzieciom, zanim słońce całkowicie zniknie. Ale gdy już miał zeskoczyć z gałęzi starej lipy, na której co noc prostował swoją małą magiczną torbę, potknął się o małą szyszkę, którą najwyraźniej zostawiła wiewiórka. Skrzat zakręcił się w powietrzu, sakiewka wyślizgnęła mu się z ręki i zanim uderzyła o ziemię, wiatr ją rozerwał. Magiczny piasek poleciał we wszystkich kierunkach – między drzewa, na łąkę, do strumienia i w trawę. Bezszelestnie wylądował w mchu ze stłumionym „Au…”, usiadł, rozejrzał się, a jego serce ścisnęło się. „Nie… nie, nie, nie! To nie może się dziać! Dzieci nie będą mogły dziś spać! Muszę go odebrać… Muszę go znaleźć!” Rozpaczliwie płakał i biegł przez drzewa, ale magiczny piasek był lekki jak dym i rozwiewał się po całej krainie. A czas uciekał…
Mały skrzat biegał wśród paproci, zaglądając pod liście, zerkając na kwiaty i co chwilę mrucząc do siebie: „Nie dam rady… Nie dam rady sam…”. I właśnie wtedy, gdy wydawało się, że zaraz popadnie w rozpacz, usłyszał cichy głos. „Kto płacze?” dobiegł zza krzaków. Stała tam mała dziewczynka z warkoczykami, ubrana w koszulę nocną i pluszowego misia, z wypchanym króliczkiem w ramionach. „Ja… słyszałam cię, elfie. I nie jestem śpiąca, jak zawsze. Co się stało?” Elf spojrzał w górę ze zdziwieniem: „Widzisz mnie?”. Dziewczynka skinęła głową: „Mam na imię Amálka. Każdej nocy otacza mnie taki ciepły spokój… ale dzisiaj nic. Poszłam więc poszukać, co się stało”. Oczy Tichanka rozjaśniły się. „Amálka! Przez przypadek rozsypałam pokój. Magiczny piasek zniknął, a bez niego dzieci nie będą mogły spać. Pomożesz mi go znaleźć, proszę? Amálka uśmiechnęła się, przytuliła króliczka do serca i powiedziała: „Pomogę. Szukanie to moja specjalność”. I tak elfka i dziewczynka wyruszyły w podróż, by odnaleźć zagubiony piasek.
Amálka i Tichánek szli przez las, który zaczynał pokrywać się cieniem, a każdy kawałek drogi był jak poszukiwanie skarbu. Tam, gdzie wśród trawy błyszczało coś złotego, Amálka klękała i zbierała piasek szczyptami do małej szklanej buteleczki, którą powierzył jej Tichanek. Przy strumieniu pomagały im żaby, których stopy wskazywały, gdzie wiatr przeniósł kilka ziaren. Na palecie ogniki lśniły na kroplach rosy, w których piasek błyszczał jak złoto. Wiewiórka z lipy, która niechcący spowodowała wypadek, zeskoczyła do nich i przyniosła z powrotem kilka złotych ziarenek, które zaczepiły się o jej ogon. Za każdym razem, gdy Amálka wsypywała kolejne kawałki do butelki, elf cicho ćwierkał: „Dziękuję, dziękuję… to może uratować wieczór”. Ale cień nocy już zaczynał unosić się nad okolicą, a księżyc powoli wysuwał swoje rogi…
W miarę upływu nocy ich butelka stawała się coraz pełniejsza. Sowy również pomogły, widząc z wysoka, gdzie wiatr zdmuchnął piasek, a wrona przyniosła nawet ziarno z gałęzi wysokiego drzewa. W trawie jeże pomagały im swoimi pyszczkami, a nawet lis, który zwykle trzyma się z daleka, przyszedł dziś, by po cichu przyłożyć łapę do pracy. „Nigdy bym nie pomyślała – szepnęła wzruszona Tichanka – że tyle stworzeń i jedna mała ludzka dziewczynka będą mi pomagać”. Amálka uśmiechnęła się, a jej oczy zalśniły w świetle księżyca. Była już prawie północ. A kiedy w końcu ostatnie ziarno, które znaleźli w księżycowym kwiecie, wpadło do szklanki, elf powiedział: „Wystarczy! Mamy dość! Dzieci mogą już spać…” Wziął butelkę, dmuchnął w nią swoim magicznym oddechem, a złoty piasek uniósł się w powietrze jak błyszcząca chmura. Przeleciał nad dachami domów, do pokojów dzieci, do ich łóżek… I nagle wszystko ucichło. Słodka, miękka, senna cisza.
Cisza odwróciła się do Amálki, która już lekko kołysała się ze zmęczenia, i delikatnie pogłaskała ją po policzku. „Dzięki tobie wszyscy śpią dziś spokojnie. W zamian spełnię jedno twoje życzenie, jakie tylko zechcesz.” Amálka zastanowiła się przez chwilę, podrapała króliczka za uchem, a potem wyszeptała: „Chciałabym znów zobaczyć magiczny piasek… i może nawet trochę pomóc”. Elf uśmiechnął się: „Mogę ci to obiecać. Kiedy dorośniesz, może zostaniesz pomocnikiem skrzatów. Ale teraz śpij, Amalio. Pomachał czapką, najdelikatniejszy piasek rozsypał się nad powiekami Amalii, a dziewczynka z uśmiechem odpłynęła w sen. A Cisza? Wrócił do swojej kryjówki pośród gałęzi lipy, ale tym razem w jego sercu zagościł nowy spokój – świadomość, że nie jest sam w tej magicznej pracy.