Daleko za lasami, wzgórzami i polami leżała maleńka, ale bardzo uporządkowana wioska o nazwie Sluníček. Wszyscy mieszkańcy żyli tam w pięknej harmonii – babcie dziergały skarpetki na progu, dzieci biegały z motylami, a kot Mourek zawsze spał na ławce przed piekarnią. Ale jedna rzecz była najważniejsza: każdego ranka cała wioska wstawała dokładnie na sekundę dzięki jednemu stworzeniu – staremu kogutowi o imieniu Bohouš. Jego potężne gdakanie „Kikirikiiiiiii!” niosło się przez wioskę niczym pieszczota słońca. „Kikirikiiiiiii!” słychać było każdego ranka, a zaraz potem rozpalano piec, babcie otwierały okna, a dziadek Wilhelm szedł przerzucać siano. Był to dźwięk, bez którego Sluníček po prostu nie mógł funkcjonować. Wszyscy mówili, że Bohus był jak wiejski budzik – tylko o wiele ładniejszy i bardziej owłosiony. Ale jak to bywa, czas płynie nawet dla kogutów…
Pewnego słonecznego dnia stało się coś nieoczekiwanego – Bohoush, choć wciąż żwawy, zapiał po raz ostatni i odszedł na kogucią emeryturę ze szlachetnym spojrzeniem. „Teraz muszę tylko odpoczywać i skubać słomę” – śmiał się, gdy dzieci głaskały go po skrzydłach. I tak na podwórku pojawił się nowy mieszkaniec – młody, świeżo wykluty kogut o imieniu Quido. Był kolorowy jak tęcza, z piórami błyszczącymi jak krople rosy. „Więc to jest nasz nowy budzik?” zażartowały kury, kaczka i koza Blanka. Quido rozejrzał się nerwowo, nastroszył pióra i pomyślał: „Muszę zdążyć. Cała wioska na mnie czeka”. Tej nocy jeszcze nie spał – próbował ćwiczyć gdakanie. Ale bez względu na to, jak bardzo się starał, z jego małego dzioba wydobywało się tylko dziwne, przeciągłe skomlenie: „Gdak… Gdak…”. Cóż, nieważne, skoro był to kogucik z głosem jak świeżo obudzony kociak.
I nadszedł pierwszy poranek. Słońce łaskotało już niebo różowymi palcami, a cała wioska była cicha jak szklanka miodu. Quido wziął głęboki oddech i spróbował wydać z siebie bohaterski chichot. Ale… „Kyuu…” zabrzmiało sennie i nisko, ledwie głośniej niż szept pod kołdrą. A rezultat? Nikt nie wstał. Piec pozostał zimny, chleb się nie upiekł, dzieci spóźniły się do szkoły, a kot Mourek spał na ławce aż do obiadu. Babcia Ludmiła przetarła zaspane oczy: „To dziwne… zaspałam! Czy ja kiedykolwiek zasypiam?”. A dziadek Wilhelm zmarszczył brwi: „Bez piania koguta całe to miejsce szlag trafia!”. Wszyscy zeszli do kurnika, gdzie stał nieszczęśliwy Quido z opadającymi skrzydłami. „Ja… próbowałem”, wyszeptał, a jego oczy wypełniły się łzami wielkimi jak grad. Wioska była smutna, kogucik przygnębiony, a wszyscy życzyli sobie jednego – porządnego „Kikirikiiii!”.
Kolejne dni były dla Quida ciężkie jak worek zboża. Co wieczór ćwiczył, skakał po sianie, próbował oddychać nosem i dziobem jednocześnie, ale nie ważne co robił – zawsze kończyło się to przeciągłym „Knuuu…”. A co najgorsze – niektóre kury potajemnie się z niego śmiały, a kot Mourek zostawiał mu na schodach szyszki zamiast prezentów. „Przestań, Mourek, to nieładnie!” krzyczała koza Blanka, która miała słabość do Quida. A Quido? Marzył, że pewnego dnia będzie tak sławny jak Bohouš. „Może jestem zepsutym kogutem… a może po prostu jestem inny”, szeptał do siebie w słomę. I wtedy stało się coś dziwnego. Pewnego wieczoru, gdy księżyc w pełni skradał się po dachach, a cała wioska już dawno spała, kogut usłyszał ciche „Knuuu…” dochodzące z lasu. Takie samo jak jego. „To… nie był sen?” Quido ostrożnie podążył za dźwiękiem.
Następnego ranka stało się coś dziwnego. Quido wrócił z lasu zupełnie inny – jego oczy błyszczały, pióra były puszyste, a dziób miał nowy ton. Stanął nie na ścianie, jak wcześniej, ale na dachu kurnika i wziął głęboki oddech. Następnie powiedział: „Knuuuuuuuuuuuuu!”. Ale tym razem… to nie był zwykły dźwięk. Był to dźwięk, który przeszedł przez wioskę jak łaskotanie po piętach. Dzieci śmiały się ze snu, babci Ludmile spadły skarpetki z kolan, a nawet kot Mourek rozciągnął się z uśmiechem: „To… dziwne… i właściwie bardzo piękne”. Piec również sam się rozpalił, jakby chciał powiedzieć: „Dobra, zaczął się nowy dzień”. Dźwięk „Knuuu” miał w sobie coś magicznego – obudził nie tylko ciała, ale i serca. Ludzie uśmiechali się, pozdrawiali, nawet dziadek Wilhelm, który zwykle marszczył brwi nawet na widok słońca, powiedział: „To najpiękniejszy poranek, jaki pamiętam”. Quido stanął na dachu i po raz pierwszy poczuł się jak prawdziwy kogut. Może i nie miał „kikiriki”, ale miał coś własnego. I to było więcej niż wystarczające.
Od tego momentu w wiosce Sunny’ego wstawanie było inne – nie do „kikiriki”, ale do „knuuuu”, które było jak pieszczota, jak śmiech w poduszkę. Kvído stał się bohaterem, a wszyscy tak przyzwyczaili się do nowego dźwięku, że nawet dzieci na szkolnym apelu zaczęły go śpiewać. „Knuuuu tu, knuuu tam, Quido codziennie sam nas budzi!” śpiewała cała szkoła. Kogucik nie ćwiczył już piania – zamiast tego szerzył radość i witał słońce każdego ranka własnym głosem. I wiecie co? Nawet Bohouš przychodził go czasem zobaczyć. „To następca, jakiego jeszcze nie było” – powiedział ze wzruszeniem. „Wszyscy mamy swój własny dźwięk, musimy go tylko odnaleźć”. Wioska znów była szczęśliwa. Kot Mourek przestał się wygłupiać, kury przechwalały się, że znają słynnego koguta, a w piecu piekły się pachnące bułeczki. A kiedy zapadała noc i dzieci kładły się spać, Quido zawsze szeptał cichutko z komina: „Knuuu… dobranoc…”. I tak było.